niedziela, 15 stycznia 2017

Święte dziecko 9

Niedźwiedzie na których jechaliśmy nagle zaczęły szaleć. Skakały na boki i przewracały się. Jakby je wszystkie naraz coś napadło. Tylko niedźwiedź Shay'a zachował spokój. Zwierzę, na którym siedziałam ja z David'em stanęło na dwie łapy. Zdążyliśmy z niego zeskoczyć zanim zmiażdżył by nas swym ciężarem, przewracając się na plecy.
-Co się z nimi dzieje? - zapytałam
-Oszalały... - szepnął pod nosem David
Niedźwiedzie nas nie atakowały.. tylko.. dalej dziczały. Po chwili jednak wszystkie stanęły w miejscu, w bezruchu.. jakby ktoś je zamroził.
Do moich uszu, z każdej strony mrocznego lasu dobiegła mnie cicha melodia. Była spokojna i kojąca. Grana była na flecie. Kiedyś tatuś jak byłam młodsza grał mi na dobranoc takie melodie. Miałam ochotę zamknąć oczy i pogrążyć się w śnie. Najwidoczniej nie byłam sama.
Padł jeden z rycerzy, a za nim kolejny. Spojrzałam na David'a. Miał zamknięte oczy i po chwili również opadł na ziemię jak ścięte drzewo. Uklękłam przy nim i próbowałam go obudzić. Nic z tego. Spał jak zabity. Zatkałam sobie uszy aby grana przez kogoś melodia nie powaliła mnie z nóg. Nawet dowódca zjechał ze swojego niedźwiedzia lecz ten jednak nadal się trzymał. Rozejrzałam się. Wszyscy leżeli jak trupy. Wiedziałam, że będę następna. Ręce przyciskałam tak mocno do uszu aby żaden dźwięk się do niech nie dostał. Jedyne co słyszałam to przyśpieszone bicie mojego serduszka. Klęcząc przy chłopaku, zamknęłam oczy i czekałam. Tylko... na co? Aż ktoś przyjdzie i utnie mi głowę a potem pozabija wszystkich? Nie, tak nie może być. Otworzyłam oczy i wstałam. Wybrałam sobie idealny moment.
Z lasu, okrytego ciemnością i mrokiem wyłoniła się jakaś postać. Gdy stanął w świetle księżyca dostrzegłam jego pełną posturę. Tak jak myślałam.. Trzymał flet w ręku. Powiedział coś lecz nie słyszałam. Odkryłam uczy i pierwsze co usłyszałam to szelest za plecami. Odruchowo obróciłam się na pięcie. Flecista nie był sam. Było ich troje.
Zawsze mnie zadziwiali. Byłam strasznie ciekawa jak to możliwe, że powstali. Jednak nigdy nie miałam czasu aby zagłębić się w ich historię powstania. Wiem tylko tyle, że z początku ludzie i inne rasy nie potrafiły ich określić. Byli odsunięci na bok. Nie byli to ani w pełni ludzie, ani zwierzęta. Pewien myśliciel się nimi zaciekawił i dał im jedno określenie, którego używa się do dziś i już zostanie na zawsze. Brzmi ono.. Centaury. W połowie człowiek, w połowie koń, lub coś innego co ma cztery nogi i kopyta.
Pierwszy którego ujrzałam, ten który trzymał flet w ręku, z ich czwórki wyglądał inaczej niż tamci.. Był taki.. zwyczajny. Człowiecza część ciała, czyli klatka piersiowa oraz ręce u nich wszystkich były nagie, oprócz jednego, który miał na sobie zbroje. Jego włosy był ciemnobrązowe, a na lewej stronie klatki piersiowej widniała świeża rana, z której jeszcze sączyła się krew. Końska część była srokata. Ciemnobrązowy z białymi łatami, oraz ciemny jak dzisiejsza noc, ogon sięgający aż do ziemi. Nad każdym z kopyt widniały coś w rodzaju owijek lecz były wykonane ze stali.
Najstarszy z nich, to właśnie ten w zbroi. Jego włosy oraz umaszczenie było siwe lecz na tylnych nogach, gdzie nie gdzie można było dostrzec białe plamy. Przez jego lewe oko przechodziła blizna, a jego ogon, był ścięty w połowie.
Ten ostatni jeszcze bardziej się wyróżniał. Nie był zwykłym człowiekiem lecz elfem. Był biały a włosy oraz ogon w kolorze jasnego blondu. Jego pas zdobiła złota przepaska, która na środku miała ogromny, niebieski kryształ. Ogon miał spleciony w warkocz, który opadał bezwładnie na ziemię. Tylko u niego zauważyłam wystające podkowy, które również był złote.
Stałam i przyglądałam się im, nic się nie odzywając. W końcu brunet przemówił jako pierwszy..
-Dlaczego na Ciebie nie zadziałała ta melodia.. - podszedł bliżej mnie, okrążył i zatrzymał się wśród pozostałej dwójki
-Może ma zaklęcie obronne? - zaproponował ten z elfimi uszami
-W każdym bądź razie i tak pójdzie z nami. - parsknął najstarszy
Nie wiedziałam co mam powiedzieć. Cała trójka stała i przyglądała się mi a ja przyglądałam się im.
-Możecie mi wyjaśnić o co tutaj chodzi? Dlaczego nas napadliście? - zapytałam po chwili ciszy
-Może zacznijmy od wyjaśnienia kilku spraw. Po pierwsze nikt was nie napadł moja droga damo. - powiedział brunet - Po drugie, nie mamy złych zamiarów, a po trzecie miło byłoby się najpierw przedstawić - uśmiechnął się - Jestem Kardius, najmłodszy z braci Retar. Ten blondaś to Thados a ten bardzo miły pan w zbroi to nasz najstarszy brat Elder. - uśmiechnął się do brata lecz ten tylko prychnął - A panienka jak ma na imię? - zapytał patrząc na mnie
-Alex.. - odparłam
Nie chciałam stawiać im oporu. Nie wydawali się na groźnych ani na takich którzy chcieliby nas skrzywdzić. Postanowiłam, że pójdę z nimi. I tak nie miałam innego wyjścia.
-No dobra.. Kardius jako iż ty ich uśpiłeś to musisz zrobić z nimi porządek. - powiedział najstarszy z braci i ruszył ścieżką w stronę, którą zmierzałam razem z Gwardią, w stronę Królestwa
-Jasne braciszku. - brunet odparł do niego z radością po czym zaczął grać jakąś melodie na flecie, nie trwało to może minuty a wszyscy co byli pogrążeni we śnie, oraz niedźwiedzie ruszyli za Elder'em, a on jechał zaraz za nimi wszystkimi, patrzyłam na David'a.. było mi go żal, oraz czułam poczucie winy z tego powodu iż nie mogę mu w żaden sposób pomóc.
-Mogę wiedzieć gdzie ich zabieracie? - zapytałam
-Do Królestwa. - odparł blondyn
-To dobrze.. My też właśnie tam podążaliśmy. - odetchnęłam z ulgą
-Wydaje mi się, że mówimy o innych Królestwach.. - powiedział z uśmiechem na ustach
Niedźwiedź Shay'a leżał na ziemi lecz gdy sam dowódca podniósł się, niedźwiedź poszedł za nim.
-Dziwne.. - powiedział elfi centaur
-Co takiego? - zapytałam
-Melodia znów na Ciebie nie działa, ani na tego niedźwiedzia. - spojrzał w kierunku maszerujących - Powiedz.. było rzucane na Ciebie jakieś zaklęcie? - zapytał
-Nie.. nie przypominam sobie. - odrzekłam
-Mhm.. - mruknął pod nosem i podszedł do młodszego brata, bynajmniej tak mi się wydaje, że Kardius był najmłodszy i coś do niego powiedział.. ten przestał na chwilę grać melodie po czym spojrzał na brata i się zaśmiał, następnie znów zaczął grać
Po jakimś czasie marszu byłam strasznie zmęczona. Właśnie mijaliśmy ogromny drogowskaz. Były na nim tabliczki i kierunki na wszystkie Królestwa oraz większe miasteczka. Dostrzegłam kierunek na Śnieżne królestwo. Niestety Centaury poszły gdzieś indziej. W przeciwna stronę. Do jakiejś Doliny.. za którą było Królestwo Sapes..
-Co to za Królestwo? - zapytałam
-Niezbyt popularne lecz mimo wszystko zostało okrzyknięte Królestwem. Żyjemy tam my, Centaury. - wyjaśnił mi Elder, nie przerywając marszu
Więc zapowiada się świetnie, już myślałam, że uda nam się bez problemu dotrzeć do Śnieżnego Królestwa lecz jak zawsze wszystko musiało się pokomplikować.
-Eh.. - westchnęłam i oparłam się głową o drewniany słup
-W porządku? - podszedł do mnie Kardius, zauważyłam, że nie trzyma fletu a muzyka dalej gra. - Thados przejął mój obowiązek, zmęczyło mnie to ciągłe granie. - zaśmiał się, a mój wzrok skierował się na jego ranę
-Krwawisz.. - powiedziałam dotykając krwi, po czym podbiegłam do maszerujących a centaur poszedł za mną, wyciągnęłam z torby Shay'a flakonik z wodą i polałam ją ranę bruneta, a następnie przetarłam ją kawałkiem ubrania, które od targałam od części jakiegoś koca, chciałam zawiązać ranę aby dalej nie krwawiła lecz nie mogłam dosięgnąć, Centaur był zbyt wyskoki
-Musisz zawiązać sobie sam.. - powiedziałam podając mu kawałek koca
-Dziękuję.. nie musiałaś. - odparł z uśmiechem na ustach - Wskakuj. - podał mi rękę i nadstawił grzbiet - Pewnie się zmęczyłaś, więc przyda Ci się przerwa
Złapałam za jego rękę i po chwili siedziałam na jego grzbiecie.
-Dziękuję.. - rzekłam i uśmiechnęłam się
Księżyc na niebie jak był, tak jest nadal. Zamknęłam oczy i oparłam się o plecy Centaura. Po chwili odpłynęłam w głębokim śnie.

czwartek, 12 stycznia 2017

Utracony czas 3

- Czemu ten baran nie może trzymać mojej strony? - Powiedziała pod nosem gdy szła przez park. Wszystkie emocje związane ze wczorajszą nocą powoli w niej narastały. Nie okazywała tego, zawsze była dobra w ukrywaniu uczuć, ale przed oczami wciąż miała wydarzenia ubiegłej nocy. Najbardziej frustrowało ją, to co zrobiła zaraz po wejściu do domu. Przerażał ją brak obrzydzenia na gest zlizania krwi z palca oraz to, że ta krew jej zasmakowała. W tedy coś w niej pękło, prawdopodobnie była to granica moralności. "Ja zrobiłam to co należało zrobić już dawno" tak to sobie cały czas tłumaczyła. Jak to możliwe, że najspokojniejsza dziewczyna na uczelni zrobiła coś tak strasznego? Cóż, wszystko zaczęło się pięć miesięcy temu gdy Lily trafiła na studia medycyny. A dokładniej na pierwszym wykładzie, na początku zagadała do obcej dziewczyny, która cały czas rozglądała się po sali.

***

- Hej. Zajęte, czy mogę usiąść? - Wskazała na krzesło i zapytała się dziewczyny siedzącej obok. 
- Siadaj, jest wolne. - Odpowiedziała 
- Jestem Lily Silvermoon. Miło mi Cię poznać - Wyciągnęła rękę w geście uprzejmości. Dziewczyna wstała, ukłoniła się lekko i uścisnęła dłoń
- Miło również miło Cię poznać. Ja jestem Sakura Erlic. Też chcesz studiować medycynę? 
- Tak - Obydwie usiadły na miejscach. - Inaczej by mnie tu nie było. - zaśmiała się lekko 
- A no tak. Ale ja głupia jestem. Co innego mogłabyś tu robić... 
- Wiele różnych rzeczy, na przykład..... hmmmm....... Oo szykować plan wielkiej bitwy! 
- Jeśli tak, to przyłączam się do Ciebie! - Sakura, która miała szare długie włosy i nikłą posturę była niższa od Lily, ale widać było u niej szczery uśmiech i chęć do życia. - Powiedz mi, że po za medycyną interesujesz się też historią. 
- Ależ oczywiście. Jakieś hobby też trzeba mieć. 
- Jej! - Rzuciła się na nią. - Dobrze spotkać kogoś takiego jak ty.
- Też się cieszę. Powiedz mi czekasz na kogoś jeszcze? 
- Nie. 
- To czemu się tak rozglądałaś? 
- A! Patrzę z kim przyjdzie mi rywalizować w nauce. Tak wiem to głupie, ale nie pozwolę by ktokolwiek był odemnie lepszy hahahaha. 
- Zapamiętam. - Wzrok dziewczyny uciekł na chłopaka, który właśnie wchodził na salę. Usiadła kilka ławek przed nimi. Gdy usiadał, posłał bardzo słodki uśmiech Lily. W tedy coś ją zmieniło. Poczuła co to znaczy miłość od pierwszego wejrzenia, mimo że miała już tego jedynego. To teraz jakby wszystko straciło sens a liczył się tylko ten słodki nieznajomy. Pożerała go wzrokiem, jego krótkie brązowe włosy. Zakładała, że jest od niej wyższy i już marzyła o tym by go przytulić. Minął tydzień i Lily w końcu zdobyła się na odwagę by do niego zagadać. Przed wykładem, jeszcze na korytarzu usiadła obok niego i zapytała;
- Hej jestem Lily.. Wiem, że to dziwna prośba, ale usiądziesz obok mnie na zajęciach?
- No pewnie. Jestem Kristopher, miło mi. - Przemówił prawdziwe męskim głosem, ale o dziwo bardzo kojącym i łagodnym 
- Przyjemność po mojej stronie. Idziemy? 
- Pewnie. 

***

 Ich znajomość rozwijała się, powoli poznawali swoje charaktery i zwyczaje. Po miesiącu spytała się czy będzie z nim chodzi kompletnie zapominając o swoim prawdziwym chłopaku, nie chciała go zranić dlatego na razie zachowała wszystko w tajemnicy. Nie wyszło jej to później na dobre, ale cóż.... Dziewczyna starała się jak mogła by Kris był szczęśliwy. Zostawała specjalnie dużej by tylko móc spędzić z nim więcej czasu. Czasem chciała gdzieś wyjść, ale on zmieniał temat lub po prostu mówił, że mu się nie chce. Chłopakowi nie zależało na Lily, ale ona tego nie widziała cały czas wmawiała sobie, że kiedyś ją pokocha. Było to jednostronne uczucie mimo to Lily cieszyła się gdy spędzała z nim czas. Ich związek był bardzo dziwny, Kris nie chciał chodzić za rękę, całować się czy choćby przytulać. Kiedy Lily właśnie tego potrzebowała.... Dni mijały a między nimi nic się nie zmieniało. Ale w końcu przyszły urodziny Lily, ten jedyny dzień dał jej nadzieje. Cóż chłopak przyjechał do niej, wręczył jej prezent i spędził z nią pół dnia. Wygłupiali się, opowiadali różne historie i zachowywali jakby wreszcie coś zaiskrzyło. W tedy nawet on usuną numer byłej i zablokował ją kompletnie. Mówił że jej nienawidzi i że cały czas ona nie daje mu spokoju. Cóż i tak było to wielkie kłamstwo... 
Kris dał jej w tedy nadzieję, ale wciąż nic się nie zmieniało. Nadeszła zima a ona nadal odprowadzała chłopaka mimo swojego słabego zdrowia. Dziękował jej ale rzadko i jedyne co robił to przytulał przed wejściem do autobusu. Często wyglądało to tak jakby robił to z przymusu. Pewnego dnia zauważyła że znów pisze z Ver, w tedy też zrozumiała, że Ver to jej stara przyjaciółka. Ogarnęła ją wielka złość, nie okazała tego, ale kazała wybrać Krisowi między nią a Ver. Cóż wybrał Ver, a  Lily wtedy straciła sens życia. Oczywiście Kuro już od dawna o wszystkim wiedział i mimo, że Lily go zdradziła to wrócił do niej jako przyjaciel. Desperacja Lily była większa niż ktokolwiek się spodziewał dlatego właśnie postanowiła zabić Ver. Oczywiście to wszystko to jedynie przybliżenie tego co się stało, bo nikt po za nią nie wie jak naprawdę między nimi było....

Święte dziecko 8

Patrzyłam się na dziewczynę a ona na mnie. W jej spojrzeniu widziałam coś co nie pozwalało zachować mi spokoju. Może się mylę ale ona nie chciała tego robić. Była przestraszona. Nie chciała tego ukazywać na zewnątrz lecz to zżerało ją od środka. W końcu pewnie i tak wybuchnie i zaleje ją wulkan emocjonalny. Na wierzch wyjdą lęk i przerażenie a odwaga schowa się w ciemnym zakątku, Zrobiło mi się jej troszkę szkoda lecz zachowałam zimną krew i przypomniałam sobie, że liczy się obecna sytuacja, liczy się to, że obie chciały nas zabić..
-Założymy się? - uśmiechnęłam się szyderczo do niej
-Nie dacie rady nas pokonać.. - odwzajemniła uśmiech
Właśnie miałam zacząć okładać ją pięściami gdy znów usłyszałam ten sam stukot, towarzyszący mężczyźnie w zbroi.
-O nie.. - białowłosa szepnęła
-Nareszcie.. - szepnęłam i kopnęłam dziewczynę w brzuch
Kasper i David podbiegli do mnie i cała nasza trójka wyskoczyła z wozu jak najszybciej mogliśmy. Wtedy moim oczom ukazała się grupka mężczyzn i wtedy zrozumiałam kim był ten mężczyzna który otwierał drzwiczki i pozostali którzy mu towarzyszyli.
Należeli do Gwardii Królewskiej. Ich ciemno szmaragdowe zbroje, przylegały do ich masywnych ciał oraz błyszczały w świetle księżyca który od niedawna znajdował się nad naszymi głowami i oświetlał wszystko wokół nas swym białym światłem. Każdy z rycerzy miał co najmniej dwa metry wzrostu. Byli potężnie zbudowani. Zbroje miały wykute specjalne znaki była to głowa niedźwiedzia, dookoła której rozchodziły się promienie. Znaki te świadczyły iż Gwardia pochodzi ze Śnieżnego Królestwa. Twarze mężczyzn zdobiły gęste brody oraz gdzie nie gdzie lekkie blizny. Na moje oko mieli około czterdziestu lat. Ich wierzchowce.. były niesamowite. Potężne, wielkie niedźwiedzie, których białe futro można rzec, że świeciło wchłaniając światło księżyca. Nawet one były odpowiednio przystosowane do walki. Czułe punkty zasłonięte były przez zbroję wykonaną z tego samego kryształu co zbroje mężczyzn. Na grzbietach zwierząt zapięte były siodła zrobione ze skóry. Broń rycerzy wydawała się być najdziwniejsza w całym tym zestawieniu. Ostre jak brzytwa miecze skute całe lodem, który przybrał jeden, prosty kształt nadając broni większej ostrości i za razem estetyczności.
-Kim jesteście? - zapytał zdziwiony dowódca
-One.. one nas porwały i rzuciły zaklęcie na wóz aby żaden patrol nas nie znalazł. - powiedziałam lekko dysząc
Mężczyzna zszedł ze swojego wierzchowca i zbliżył się w kierunku dziewczyn, które właśnie szykowały się do ucieczki. Zdążył rzucić na nie czar, który zatrzymał je w miejscu. Gruba warstwa lodu pokryła obie dziewczyny.
-Odpowiecie za to przed Księżną. - parsknął - Was też niestety jesteśmy zmuszeni zabrać. - powiedział odwracając się w naszą stronę
-Dobrze się składa. - uśmiechnął się Kasper - I tak mielismy złożyć Księżnej odwiedziny. - zaśmiał się lekko pod nosem
-Kadu - mężczyzna odwrócił się do gromady rycerzy - Pokierujesz wozem, a oni pojadą na twoim niedźwiedziu. - powiedział do jednego z nich, a ten zeskoczył i wsiadł na wóz do którego zaprzężone były konie - Ty.. - wskazał na mnie lekko machając przy tym mieczem
-Alex. - przedstawiłam się
-Alex i ten chłoptaś... - zaczął lecz David mu przerwał
-David. - oburzył się
-Więc mówię.. Alex i David pojadą na niedźwiedziu a ty... jesteś magiem prawda? - spojrzał na Kaspra
-Tak. Do usług. - odparł Kasper
-Jeżeli Ci to nie sprawia kłopotu, pojedziesz wraz z Kadu na wozie. Niestety nie mamy przy sobie więcej niedźwiedzi a z Królestwa zbyt długo by biegły- powiedział
-Nie ma sprawy. - odrzekł Kasper powoli wsiadając na wóz, a ja i David w tym czasie wsiedliśmy na ogromnego, białego niedźwiedzia.
-Czy mam nim jakoś sterować albo wydawać jakieś rozkazy..? - zapytał David
-Po prostu się trzymajcie. - odparł jeden z mężczyzn
-Zapakujcie je do wozu! - krzyknął przywódca stukając w lodowe posągi w których uwięzione były Rose i ta druga, białowłosa
Trzech z rycerzy chwycili bryły lodu i wstawili je do wozu.
-Dowódco Shay! Tutaj jest ktoś jeszcze ale... - powiedział jeden z nich
-Ale jest nie przytomny...Mamy go budzić? - dodał kolejny
-To go zostawcie.. Zajmiemy się nim w Królestwie a teraz pora się zbierać.. - dowódca zasiadł w siodle swojego wierzchowca, który lekko prychnął gdy ten poklepał go po pysku, po czym mężczyzna machnął ręką na znak aby powóz ruszył jako pierwszy.
Po chwili czekania aż wóz trochę się oddali ruszyliśmy. Niedźwiedzie pędziły jak szalone i za każdym razem gdy ich grube łapy dotykały ziemi czułam lekkie drgania przechodzące po moim ciele lecz nie tylko. Zwierzęta były masywne i ich bieg wydawał dudnienie które wydawało się jakby wywoływało je ogromne stado jakiejś zwierzyny. A tych niedźwiedzi było zaledwie sześć. Byliśmy ustawieni w dziwnym szeregu. Na samym przodzie biegł dowódca. Za nim my z David'em oraz jeszcze dwóch innych jeźdźców a na samym końcu biegła pozostała dwójka. Księżyc przebijał się przez korony drzew lekko oświetlając nam drogę jasnym światłem. Z każdym przebytym kilometrem odczuwałam coraz większy chłód. Zbliżaliśmy się do Królestwa. Po pewnym czasie zauważyłam, że w niektórych miejscach już był widoczny śnieg. Nagle niedźwiedzie zwolniły a po chwili stały w miejscu. Dowódca zszedł ze swojego wierzchowca i podszedł do dużego worka który wisiał u boku jego siodła. Wyciągnął z niego grube płaszcze i koce. Niestety nasze rzeczy, które mieliśmy ze sobą pewnie zostały w miejscu gdzie porwała nas Rose. Mężczyzna podszedł do mnie i David'a.
-Trzymajcie.. Może się wam to zdecydowanie przydać. - powiedział podając nam płaszcze
-Dziękujemy. - odparł David, podając mi ciepłe ubranie, które od razu na siebie założyłam
-U was w porządku? - zapytał patrząc na resztę Gwardii
-Tak. - odparli wszyscy po kolei
-To ruszamy dalej. - powiedział zasiadając w siodle
Znów ruszyliśmy. Było mi o wiele cieplej. Zachciało mi się nagle spać. Myślałam o tym gdzie jest Edward. Chyba jako jedynemu udało mu się uciec. Może nas szuka? Pewnie tak. Muszę jutro spróbować go nawołać. Oby nic mu się nie stało.. Nie chciałabym dowiedzieć się od kogoś, że coś mu jest. David siedział przede mną. Zasłaniał cały wiatr który wiał w naszą stronę. Znów poczułam to miłe uczucie. Uczucie bezpieczeństwa i tego, że nic mi nie grozi bo jestem z nim..
Jednak znów się myliłam..

środa, 11 stycznia 2017

Święte dziecko 7

Obudziły mnie szepty i głośny dźwięk tłukących się kół o kamienistą ścieżkę. Otworzyłam oczy i tak jak wyczułam siedziałam w jakimś wozie. Ręce i nogi miałam dość mocno związane sznurami. Oprócz mnie był tu David, Kasper i jeszcze jeden mężczyzna, lecz on nadal był nieprzytomny.
-Nic Ci nie jest? - zapytał David spoglądając na mnie
-Nie.. wszystko w porządku. A u was? - zapytałam
-Świetnie. - powiedział ironicznie Kasper - Bawię się lepiej niż na niejednych moich wakacjach.
-Widzieliście kogoś? - dopytywałam chłopaków
-Nie.. słyszałem tylko damskie głosy. - odparł David
-Mam dziwne przeczucia.. - Kasper spojrzał na leżącego mężczyznę
Leżący na którego patrzył Kasper leżał obrócony w naszą stronę. Przyglądałam się jego twarzy. Przypominał mi kogoś. Poza tym.. po jego ubiorze można było stwierdzić, że nie jest to pierwszy lepszy mieszkaniec jakiegoś miasteczka. Jego ubranie zdobiły królewskie hafty a takie.. miała jedynie szlachta i rodziny królewskie.. Jedna rzecz mnie dziwiła. Na jego szyi wisiał naszyjnik na którym była zawieszka w kształcie jakiegoś ptaka. Możliwe, że był to orzeł. Zawieszka przypominała mi herb pewnego z rodu, który brutalnie wybito. Dzieci i matki palono żywcem a mężczyznom ucinano głowy, które potem zawieziono pod bramy jednego z największych królestw w naszej krainie. A za tym ludobójstwem stał jeden z mocarnych klanów który uważał, że to im należy się władza lecz przez ich brutalne czyny nikt nie wybierał ich na przywódców. Klan został klanem lecz później dwa królestwa złączyły siły i ich pokonano. Pojedyncze osoby zdołały się ocalić a dzieci oraz jakąś część kobiet wzięto i rozdzielono do dwóch królestw. Już nie pierwszy raz widziałam ten symbol. Zaciekawiło mnie skąd ten szlachcic może go mieć...
-Co do niego? - skierowałam wzrok na nieprzytomnego
-Nie.. znaczy.. Co do niego też, ale bardziej do tego kto mógł nam to zrobić. - oparł głowę o ścianę wozu i zamknął oczy
-Rose. - szepnęłam pod nosem - To była Rose. - powiedziałam głośniej
-Skąd wiesz? - zapytał David
-Gdy rozbiliśmy obóz.. Ona nagle gdzieś zniknęła. Postanowiłam się przejść w czasie gdy rozpalaliście ognisko. Widziałam ją nad jeziorem ale nie była sama.. Potem nagle zniknęła. Dziewczyna, która była z nią także wyparowała. Później, gdy spaliście.. poszłam nad jezioro. Koło mnie pojawiła się mgła przez którą nic nie widziałam. Usłyszałam jej śmiech. To na sto procent była Rose. Możecie mi wierzyć albo nie wierzyć ale ja swoje wiem.
-Wieżę Ci..Ale sądzisz, że.. miała jakiś plan aby nas gdzieś doprowadzić? Przecież mówiła.. mówiła, że pamięta wszystko z dzieciństwa... Nie rozumiem.- David spojrzał na mnie
-Pewnie kłamała, to pomogło jej w zrealizowaniu swojego planu. Teraz gdy o tym myślę, ona za szybko przywołałaby sobie dawne wspomnienia. A co jeżeli to nie ona? Co jeżeli to ty mylisz osoby? I tak.. Wydaje mi się że ma jakiś plan wobec nas. I dobrze jej to idzie...A my nie potrafimy jak na razie nic z tym zrobić - odparłam
-To niemożliwe, że mylę osoby.. Pamiętam ją.. - David zakrył twarz dłońmi i spuścił głowę w dół
Siedzieliśmy w ciszy. Stukot kół robił ogromny hałas lecz po jakimś czasie ucichł. Wjechaliśmy na inną ścieżkę i o wiele lepiej się jechało. Nagle poczułam jakiś dziwny zapach.
-Czujecie to? - zapytałam spoglądając to na David'a, to na Kaspra
-Poznaje ten zapach. - Kasper próbował się ruszyć lecz zapomniał iż ma związane nogi - Jesteśmy niedaleko Śnieżnego Królestwa. Jadąc tym tempem powinniśmy być tam jutro z rana.
-Po co ona wiezie nas w tamtym kierunku? - zapytałam
-Nie wiem.. Może, może zawarła układ z Księżną.
-Jaki układ? - zapytałam zaciekawiona
-Zastanów się. Dlaczego miałaby porwać naszą trójkę. Nie wliczając tego typa co leży nieprzytomny. - Kasper spojrzał na mnie z uśmiechem
-Żeby znaleźć kandydata.. - zaczęłam
-Tak, kandydata na męża dla swej córki. - dokończył Kasper - Na Twoim miejscu bym się bał. - powiedział patrząc na mnie z uśmiechem na ustach
-Dlaczego na moim miejscu? - zdziwiłam się
-Bałbym się o niego. - obrócił się w kierunku David'a
Właśnie zrozumiałam, że mogę go stracić. Nie mogłabym się sprzeciwić Księżnej bo pewnie od razu kazałaby ściąć mi głowę a potem nabić ją na pal, a ludzie w miasteczku gadaliby o tym jaka to była głupia dziewczyna, że się Księżnej sprzeciwiła. Nie mogłam pozwolić na to abyśmy dotarli do miasta.
-Kasper.. Ale przecież wspominałeś, że masz dobry układ z Księżną i nas bez problemu przepuści przez miasto. - powiedziałam
-Tak, ale.. jeżeli jest aż tak zdesperowana, że rozsyła zlecenia nawet zabójcom to nie wiem czy nam się uda. - Kasper spojrzał na mnie smutnym wzrokiem - Przykro mi..
Znów w wozie nastała cisza. Próbowałam poluźnić węzły lecz nic nie mogłam zrobić. Były zbyt ciasno związane. Na nogach oprócz tego mieliśmy przykute ciężkie, metalowe kule aby nam do głowy nie wpadło gdziekolwiek się ruszyć z miejsca. Przez niewielkie kraty w drzwiach wozu widziałam zachodzące słońce.
-Rano powinniśmy tam być? - zapytałam dla pewności Kaspra
-Ewentualnie wieczorem.. Zależy jak szybko będzie jechać powóz. To coś co go ciągnie musi mieć niezłą siłę, nie mieliśmy jeszcze żadnego postoju.
-Dziwne.. - stwierdziłam, a mój wzrok nadal był utkwiony w krajobrazie za kratkami
W wozie znów zapadła cisza. Kasper tak jak i ja, oraz David próbował rozwiązać węzły. Kasper nagle zaczął szeptać coś pod nosem i w dziwny sposób jego węzły zaczęły same się rozluźniać.
-Nareszcie! - wyszeptał podekscytowany
Zaczął odrzucać sznurki na bok i już o własnych siłach rozwiązał sznury na nogach. Podbiegł do mnie i odwiązał węzły z moich rąk a potem w następnej kolejności rozwiązał David'a.
-Jego też? - zapytał patrząc na nadal nieprzytomnego mężczyznę
-Tak, możesz go odwiązać. - odparłam a ten zrobił co postanowił i zdjął węzły z mężczyzny
Nasza trójka stała pod ścianą na przeciwko drzwi wozu. Kasper stwierdził, że rzuci jakieś zaklęcie i wyważy drzwi lecz czekał na idealny moment.
-To co? Na trzy? - zapytał z uśmiechem na ustach a my z David'em zaczęliśmy odliczać.
Raaz...
Dwaa...
I.. trzy..?
Nagle powóz zatrzymał się a my przewróciliśmy się na podłogę.
-Co się stało? - zapytałam
-Nie wiem.. może robią postój? - odparł David
-Cii! - uciszył nas Kasper
Mag wstał i podszedł do ściany, przyłożył głowę i zaczął słuchać. W pewnym momencie dobiegł do nas głośny łomot, jakby stado wielkich stworzeń biegło w naszą stronę. Byli dość blisko i niespodziewanie wszytko ucichło. Pierwszy przemówił jakiś mężczyzna.
-Co trzymacie w tym wozie? - zapytał niskim tonem
-Kilka ubrań i towar na handel. - odparł nieznany mi kobiecy głos
-Nie musicie się martwić. - To Rose, teraz byłam pewna, że to ona nas porwała
-W takim razie chyba nie macie nic przeciwko, abyśmy sprawdzili? - zapytał zbliżając się do drzwiczek wozu
-N-nie ma sprawy... - powiedziała druga dziewczyna
Mężczyzna zszedł ze swojego wierzchowca i podszedł do wozu. Widziałam jego głowę przez kratki w drewnianych drzwiach.
-Mam nadzieję, że wóz jest całkowicie normalny.. - rzekł, stojąc przy drzwiach
-A czy my wyglądamy Panu na magów? - zaśmiała się Rose
Mężczyzna otworzył zamek i z głośnym skrzypnięciem uchylił drzwi wozu. Patrzył się prosto na nas lecz nie odezwał się ani słowem. Na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech.
-Macie szczęście panienki. - powiedział i zamknął drzwi
My staliśmy w bezruchu. Nie zbyt wiedziałam, co właśnie się stało.
-Nie.. widział nas? - zapytałam po krótkiej chwili
-Najwidoczniej nie. - odparł Kasper
-Ale.. Jak to możliwe? - podeszłam do drzwiczek i lekko nimi szarpnęłam, tak jak się obawiałam nic się nie stało
-Wóz musi być zaklęty. - powiedział David
-To jest bardzo prawdopodobne.
W tym czasie kiedy próbowaliśmy odnaleźć zaklęcie aby przełamać czar rzucony na wóz, mężczyzna i jego pomagierzy rozmawiali z dziewczynami. Ten, który sprawdzał wóz wydał rozkaz i on z pozostałymi zaczęli odjeżdżać.
-Kasper pośpiesz się! - pospieszałam go
-Mam! - krzyknął podnosząc się z ziemi
Wymachując ręką szeptał jakieś zaklęcie pod nosem. Jego dłoń zaczęła się świecić na niebiesko a po chwili wydobył się z niej niebieski promień, który uderzył w drzwiczki wywarzając je, robiąc przy tym duży hałas. Miałam właśnie wybiec z wozu gdy nagle moją drogę zastawiła białowłosa dziewczyna.
-Nigdzie się stąd nie ruszycie. - powiedziała suchym głosem

niedziela, 8 stycznia 2017

Święte dziecko 6

Jedna z osób patrzyła w moim kierunku. Niewielka postura dowodziła na to, że jest to kobieta. Biel włosów jako jedyna wyróżniała się z ciemnego odzienia. Kaptur narzucał na jej twarz cień przez co trudniej było mi dostrzec rysy twarzy. Byłam lekko spanikowana, nie wiedziałam czy mam udać, że ich nie widzę i wrócić czy pozostać w miejscu. Białowłosa dziewczyna spoglądała w moją stronę. Po chwili Rose także się obróciła. Obie stały i przyglądały się mi tak jak ja im. Usłyszałam szelest za plecami i odruchowo się odwróciłam. Zza zarośli wyszedł nieduży króliczek lecz widząc mnie, z powrotem czmychnął w ciemny las. Spojrzałam w stronę jeziora. Nie było ani Rose, ani tej drugiej dziewczyny. Zastanawiałam się czy powiedzieć o tym David'owi oraz Kasprowi ale stwierdziłam, że może na razie zachowam to dla siebie.
Odwróciłam się na pięcie i poszłam do ciepłego ogniska. David i Kasper coś jedli.
-Chcesz trochę? - zapytał David patrząc jak zbliżam się do ogniska i drewnianego pniaka, na którym usiadałam
-Dzięki, nie jestem głodna. - odparłam patrząc w ogień, po chwili zapytałam - Widzieliście Rose?
-Nie - odparli obaj chórkiem
-Może postanowiła nas zostawić, albo czai się gdzieś w krzakach żeby nas zabić z zaskoczenia jak ninja a potem zje nasze mięso sama i nikomu nie da. - dodał Kasper
-Nie oddam mojego mięsa. - stwierdził David robiąc porządny gryz
-A tak w ogóle.. skąd macie to mięso? - zapytałam
-Gdy byliśmy zebrać drzewo na rozpalenie ogniska, w towarzystwie kilku niedużych.. - zaczął Kasper
-Dość dużych... - wtrącił David
-No nie przesadzaj.. nie były takie duże.. - odparł mag
-Były. - uparł się elf
-Nie były.
Cudownie.. teraz będą się kłócić o coś co nie ma znaczenia. Uśmiechnęłam się lekko pod nosem i wysłuchiwałam ich kłótni.
-Ty chyba nie widziałeś jak wyglądają, jak są duże. - oburzył się Kasper
-Może i nie widziałem, ale te na pewno nie były małe. - David stał przy swoim
-Dobra mniejsza o to jakie one były. Kontynuując.. wśród dużych, niedużych samców rysiów, leżało stado saren. Stwierdziliśmy obaj, że z chęcią zjadłoby się coś pieczonego na ogniu i tak oto właśnie jemy jedną z saren.
-I szczerze muszę przyznać, że jest pyszna. - odparł David
-To może jak przystało na dobre ognisko, ktoś opowie jakąś historie? - zaproponowałam
Kasper i David obrzucili się spojrzeniami. Nastała cisza a oni nadal patrzyli się sobie w oczy. Kasper mrugnął na co David z radością krzyknął ,,Wygrałem!,,
-Więc chyba muszę wam coś moje drogie dzieci opowiedzieć... - oparł się jedną ręką o nogę i przybrał pozę starszego dziadka opowiadającego bajki małym dzieciakom - Było to daaawno.. dawnooo temu.. Ja wraz z .. - nagle przerwał mu szelest w krzakach
-Cicho. - szepnął David, podnosząc się i chwytając za miecz
Z krzaków nadal dobiegał ten szelest. David zrobił krok do przodu i zbliżył się do krzaków.
-Spokojnie chłopcze. - odezwał się dziwnie znajomy głos dochodzący z ciemności lasu
-Pokaż się, jeżeli nie chcesz aby stała Ci się krzywda... - David odparł stanowczo i wysunął miecz w kierunku zarośli
Ku mojemu zdziwieniu, jak i całej naszej trójki z krzaków wyszedł nie mężczyzna ani nie kobieta. Był to sporych rozmiarów wilk. W kłębie miał około półtorej metra. Jego sierść była brązowo-szara a oczy mieniły się jak krwawy księżyc. Gdy wilk stanął w świetle ognia na mojej twarzy zawitał uśmiech.
-Witaj Edwardzie. - powiedziałam ze spokojem w głosie
-Witaj Alex. - odparł donośnym głosem wilk
-Dobrze Cię widzieć Edwardzie. - David pogłaskał zwierzaka po głowie
Wilk podszedł bliżej ognia i położył się u moich stóp.
~Kim jest ten mężczyzna? ~ usłyszałam jego głos w głowie 
~To Kasper, przyjaciel David'a. Nie zrobi nam krzywdy. Pomaga nam w odnalezieniu skarbu 
David wrócił na swoje miejsce. Kasper przyglądał się Edwardowi.
-Mogę Cię o coś zapytać? - spojrzał prosto w oczy zwierzęcia, na co ono odkiwnęło głową - Byłeś człowiekiem prawda?
Właśnie zrozumiałam, że nigdy nie byłam ciekawa jak to możliwe, że Edward potrafi mówić.
-Tak, byłem. - odparł Edward
-Co się stało, że jesteś teraz pod tą postacią? - dopytywał Kasper
-Jako człowiek miałem wielu przyjaciół. Razem uczyliśmy się magi i świetnie się przy tym bawiliśmy. W wieku 16 lat chcieliśmy spróbować czegoś nowego, więc poszliśmy do czarownicy po ,,ciekawsze,, zaklęcia. Niestety nie zastaliśmy jej w chatce więc na własną rękę zaczęliśmy przeglądać księgi poniewierające się po podłodze oraz jakieś inne które stały na regałach. Gdy czarownica wróciła była wściekła na nas i chciała nas zabić od razu gdy się dowiedziała po co przyszliśmy lecz wymyśliła inną metodę kary, dała nam szanse na przeżycie i kazała nam wykonać jakieś zadania. Tym którym się nie udało spotkał zły los. Jednym z nich byłem ja. Czarownica kazała mi zabić niewinną osobę. Nie zrobiłem tego. Nie chciałem mieć kogoś na sumieniu. Za karę czarownica uwięziła mnie w ciele wilka. Tak już wędrowałem od kilku lat szukając pomocy w odczarowaniu. Niestety czar jest bardzo silny i nikt nie może mi pomóc. Kiedyś spotkałem Alex która okazała dobrego ducha w stosunku do mnie i przywiązałem się do niej. Od tamtej chwili staram się jak mogę żeby z głowy nie spadł jej ani jeden włos. - Edward odetchnął i spojrzał na mnie - Przepraszam, że ostatnio mnie nie było obok Ciebie ale musiałem coś sprawdzić.. - zniżył głowę i położył ją na wyciągniętych łapach
-Nic się nie stało. - pogłaskałam go
-Czy wiesz może, jakiego zaklęcia użyła czarownica? - po chwili namysłu Kasper wyciągnął ze swojej torby księgę, można było się domyślić, że jest to księga zaklęć
-Nie do końca.. Brzmiało śmiesznie.. Coś jak recensere... 
Kasper zaczął kartkować swoją księgę.
-Masz rację.. Czar jest bardzo silny, lecz istnieje inne zaklęcie, które pozwoli Ci na zmianę w człowieka lecz nie na długo. Będziesz mógł się zmieniać co jakiś czas. - Kasper spojrzał na futrzaka
-Czy mógłbyś wykonać takie zaklęcie? - Edward poderwał się na cztery łapy
-Tak.. mógłbym.. Tak myślę. Tylko..  nie mam jednego składnika..
-Co to takiego? - zapytał wilk
-Owoc życia. - Kasper znów spojrzał w księgę - To jest główny i w sumie jedyny składnik jakiego potrzebuje.
-Zdobędę go. - Edward usiadł i patrzył na maga
-To jest raczej nie możliwe. Takie owoce życia dawno już nie istnieją. Chyba, że ktoś gdzieś przetrzymuje coś takiego ale to raczej nikłe szanse. - Kasper zamknął księgę i schował ją na jej miejsce
-Trudno... W tym ciele i tak nie jest tak źle. Zawsze mogłem dostać ciało żaby albo mrówki.. - zaśmiał się Edward, chociaż w jego głosie można było wyczuć smutek
Po niedługim czasie wszyscy zasnęliśmy.. Prawie wszyscy.. Leżałam i przyglądałam się żarzącym się patykom w ognisku. Drzewa dookoła nas szumiały a jezioro odbijało blask księżyca w swej tafli wody. Podniosłam się i zaczęłam iść w kierunku jeziora. Chłód jaki towarzyszył nocy opanował okolice jeziora. Zrobiło się na prawdę zimno, a na przestrzeni kilku metrów blisko mnie zaczęła unosić się mgła. Dość gęsta mgła. Chciałam wrócić ale tak na prawdę nawet patrząc w dół nie widziałam swoich stóp. Ciarki przebiegły moje ciało gdy wśród ciemności usłyszałam śmiech. Najpierw jeden. Kobiecy lecz dość dziecięcy śmiech. A drugi.. to był jej śmiech. Śmiech Rose. Nagle poczułam dziwną ulgę w nogach i opadłam na kolana. Klęcząc nie mogłam nic dostrzec. Po paru minutach siedzenia nie czułam nóg. Nie przez to, że klęczałam na nich lecz przez coś innego co rozprzestrzeniało się po moim ciele. Straciłam czucie w rękach i upadłam na brzuch. Leżałam w bezruchu próbując przywrócić swoje ciało do sprawności. Usłyszałam kroki zbliżające się w moją stronę. Jedna z nich. Prawdopodobnie białowłosa uderzyła mnie w kark.. Straciłam przytomność.

piątek, 6 stycznia 2017

Święte dziecko 5

Wszyscy oprócz Jackoba.. Teraz zorientowałam się, że przecież David był cały czas ze mną i nie miał kiedy iść i zapytać mężczyznę o pomoc.
-Gdzie ten alkoholik, o którym wspominałeś? - jako pierwszy wspomniał o nim Kasper
-Zdecydowałem, że to jednak nie dobry pomysł aby go ze sobą zabierać. - odparł David - Człowiek nie jest mi niczego winny, poza tym.. nikt na niego w mieście nie narzeka więc nie widzę sensu.. Coś czuje, że tylko by nam przeszkadzał podczas podróży. - zaczął iść w stronę lasu
-Skoro tak uważasz.. - Kasper wzruszył ramionami i poszedł za David'em
Patrzyłam na nich jak powoli się oddalają. Rzuciłam okiem na moją chatkę. Jak wrócę przydałoby się ją jakoś odnowić. Mam dość nieprzespanych nocy przez wiatr który gra swoje melodie między szparami w ścianach oraz skrzypienia podłogi podczas najmniejszego kroku.
-Wrócę tu.. - szepnęłam do siebie pod nosem
-Może tak zaczęłybyśmy za nimi iść? - Rose spojrzała na mnie i uśmiechnęła się, fałszywie...
-Jasne.. - odparłam przeciągając
-Więc w drogę. - dziewczyna spojrzała na mnie swoimi oczami i minęła mnie
Coś mi się w niej nie podobało. Jej spojrzenie.. nadal było takie samo jak podczas poprzedniej nocy gdy przystawiła mi nóż do gardła. Teraz nie byłam pewna czy to dobry pomysł aby brać ją ze sobą. No cóż.. trudno. Najwyżej wszyscy zginiemy.
Szybko dogoniłam pozostałych i można było uznać, że nadszedł początek naszej cudownej przygody. Bynajmniej tak myślę, że będzie cudowna.
-Kasper! - złapałam mężczyznę za ramie
-Tak? - obrócił się w moją stronę z lekkim zaskoczeniem i nie przerywając szedł dalej
-Mogę Cię o coś zapytać? - delikatnie się uśmiechnęłam
-Jasne, pytaj o co chcesz. - powiedział
-Jesteś magiem.. ale takim, że urodziłeś się z tym czy musiałeś spędzić lata nauki aby cokolwiek wyczarować? - zapytałam
-Urodziłem się z magią w ciele. Mój ojciec mówił, że posiadam niesamowity dar. Gdy byłem małym chłopczykiem biegałem z drewnianym patykiem wymachując nim i gadając co przyszło na język i tak właśnie udało mi się wyczarować pierwsze żywe stworzenie. Był to niedźwiedź ale nie do końca normalny. Umiał rozmawiać ludzkim głosem i ział ogniem. Lubiłem go i zaprzyjaźniłem się z nim. Nawet nadałem mu imię. - pochwalił się
-Czekaj niech zgadnę.. Miał na imię Puszek albo coś w tym rodzaju. - zaśmiał się David
-No coś ty. - Kasper wybuchnął śmiechem - Miał na imię Pan Mordoru. Przecież dla ziejącego ogniem niedźwiedzia nie pasuje imię Puszek.. - Kasper spojrzał na David'a, a później znów patrzył przed siebie - Więc.. Ojciec po czasie miał dość gaszenia pożarów po Panie Mordoru i nadal nie wiem jak ale pozbył się go. Mi wmówił, że odesłał go do innej krainy gdzie żyją właśnie takie stworzenia. Myśląc o tym teraz.. faktycznie jest to możliwe. Byłem mały więc nie przejmowałem się tym co się stało z moim misiem. Potem ojciec zaczął uczyć mnie magi. Wyprzedzając wasze pytania.. Tak mój ojciec też był magiem lecz on musiał uczyć się tego co potrafił a musicie mi uwierzyć.. Był niesamowity. Ponoć moja babka była czarodziejką i dzięki niej mam to co mam. Gdyby nie to.. nie wiem co bym ze sobą robił. Może też zostałbym zabójcą? - rzucił okiem na dziewczynę w czerwieni - Ale mimo to iż urodziłem się z magią w ręku i od dzieciaka potrafiłem dość nieźle czarować, pomoc ojca nie wystarczyła mi do osiągnięcia tego czego pragnąłem. W młodym wieku opuściłem rodzinę i powędrowałem do szkoły magi. Miałem dość po pierwszym tygodniu. Uczyli nas samych regułek i tłumaczyli jak małym dzieciom co to magia. Wypisałem się i szukałem pomocy gdzieś indziej. Mianowicie na północy. W lodowej krainie gdzie lód okrył wszystko, a śnieg mu w tym dopomógł. Tam mieszkali jedni z najlepszych magów. Z trudem przekonałem ich żeby mnie szkolili ale jakoś dałem radę. Potem przerwałem tam naukę z przykrych powodów.. - westchnął
-Jeżeli nie chcesz nie musisz nam o tym mówić. - dotknęłam jego ramienia
-Nie, to nic złego. Opowiadam tą historię nie pierwszy raz.. - kontynuował - Musiałem wrócić w rodzinne strony, dostałem wiadomość od matki, że ojciec zginął testując jedno z najbardziej zakazanych zaklęć. Ponoć chciał stworzyć nowy świat do którego w każdej chwili mógłby się przenieść i władać nim jak chciał, decydować o czasie i porach roku, o życiu każdego kto w nim by przebywał.
-To byłoby niesamowite gdyby mu się udało. - stwierdził David
-Tak. Byłoby. Ale do tej pory jest tylko jedna osoba której się to udało. Niesamowity, wszechmocny mag Sharkan. To on udowodnił, że magia jest najsilniejsza i bez niej nic by nie istniało.
-Jeszcze powiedz mi, że ma brodę i wielki kapelusz. - zaśmiałam się
-To, że jest stary nie znaczy że od razu musisz porównywać go do Gandalfa. - oburzył się Kasper
-I co zrobiłeś potem o wszechmocny Kasprze? - zapytał, śmiejąc się David
-Zacząłem podróżować i trafiłem na Ciebie alkoholiku. - zadrwił z niego Kasper
-Nie byłem wtedy pijany. - oburzył się David
-Jasne, możesz tak mówić, ale ja wiem swoje. - Kasper machnął swoją różdżką i obok nas pojawiła się mała chmurka z której prosto na David'a zaczął padać deszcz - Masz za kłamstwa.
-Nie kłamię. - po tych słowach z chmurki wydobył się mały piorun który uderzył David'a w ramię - Jezu a to za co?
-Ta chmurka wykrywa twoje kłamstwa. Jeżeli powiesz prawdę w końcu chmurka zniknie. - Kasper uśmiechnął się pod nosem - Teraz możecie go pytać o co chcecie.
Z chmurki zaczęło padać coraz mocniej. Stwierdziłam, że trzeba coś z tym zrobić.
-Czy historia którą mi opowiedziałeś była prawdziwa? - nagle ku zdziwieniu wszystkim odezwała się Rose, która od początku podróży nie odezwała się ani słowem
-Tak. Przecież mówiłaś, że pamiętasz. - odrzekł David
-Wolałam się upewnić - powiedziała i znów zamilkła
-Alex.. pomożesz? - spojrzał w moją stronę
Zaczęłam zadawać David'owi proste pytania na które każdy znał odpowiedź i po jakimś czasie chmurka nad jego głową zniknęła. Za to on.. był trochę przemoknięty.
Dzień mijał coraz szybciej a my byliśmy coraz dalej od domu. Słońce prawie już zaszło za horyzont i w lesie zrobiło się ciemno. Byliśmy właśnie na niewielkiej polanie obok jakiegoś jeziora. Powili w tafli wody widać było odbijające się gwizdy na ciemnym niebie. David z Kasprem rozpalili ognisko i zaczęli przyrządzać kolację. Postanowiłam się przejść. Zastanawiałam się gdzie w tej chwili jest Rose. Odkąd pojawiliśmy się na polanie nie widziałam jej. Nie poinformowała mnie ani nikogo, że gdzieś idzie. Zaczęłam zbliżać się do jeziora. Po chwili jednak moje nogi odmówiły posłuszeństwa i stałam jak wryta, przyglądając się temu co właśnie się wydarzyło.
Nad jeziorem stała Rose.. ale nie była sama.

środa, 4 stycznia 2017

Utracony czas 2

Lily wróciła do swojego domu. Gdy tylko zamknęła drzwi, oparła się o nie i zaczęła szeptać. - Ja.... zabiłam ją...... udało mi się. Pokazałam do czego jestem zdolna. - Dziewczyna trzęsła się cała z emocji. Próbowała zrozumieć co takiego zrobiła. - Pozbyłam się mojego największego wroga. - Spojrzała na swoje dłonie i paznokcie, które były jeszcze całe w świeżej krwi. Uniosła powoli rękę i przybliżyła bliżej ust. Oblizała lekko jeden z palców i teatralnym ruchem spuściła grzywkę na swoje oczy. Po pewnym czasie można było usłyszeć cichy śmiech. - Cóż przynajmniej teraz jest o jedną sukę mniej na tym świecie. - Lily powolnym krokiem udała się do łazienki gdzie zmyła z siebie całą krew oraz przebrała w swoją czarną piżamę. Jednak jej usta nadal były przyozdobione czerwoną szminką. - Czemu to się nie chce zmyć? - Mimo usilnych starań dziewczyna w końcu odpuściła i położyła się spać. Nie potrafiła usnąć tej nocy. Silny wiatr nie pozwalał zmrużyć dziewczynie oka. Z każdą godziną wiercenia się po łóżku była coraz to bardziej zmęczona i niespokojna. - A co jeśli to był zły pomysł? Przecież pozbawiłam życia normalną osobę - To pytanie nie dawało jej spokoju aż do rana. Dopiero przy pierwszych promieniach słońca udało jej się usnąć. Obudził ją dopiero stary dobry przyjaciel Kuro chłopak, którego znała od dziecka. Zawsze byli razem mimo wszelkich różnic. Opiekowali się sobą, ale pozostawali tylko przyjaciółmi.
- Wstawaj księżniczko. Chyba najwyższy czas coś zejść. - On od zawsze się tak do niej zwracał i każdego ranka budził ją. Był przy niej także za każdym razem gdy tego potrzebowała.
- Zostaw mnie. Ja dzisiaj nie wstaje z łóżka. - Odwróciła się na drugą stronę i zakryła głowę kołdrą.
- Nie możesz wiecznie przejmować się tym debilem! A po za tym mówiłem, że to zły typ.
- Jesteś tu by mnie dobijać czy pomóc się ogarnąć?
- Rusz dupę to w tedy skończę.
- Nie! Zostaje tutaj. - Odparła oburzona.
- Nie możesz wiecznie tu leżeć - Zaczął nią lekko szarpać - Jeść też musisz bo inaczej nie urośniesz.
- Przynieś mi śniadanie do łóżka. Jak prawdziwej księżniczce i skończyć wypominać mi mój wzrost...po za tym brak mi tylko 3 centymetrów by cię przerosnąć!
- Ech..... - wzdychnął ciężko chłopak. - Masz szczęście, że dzisiaj mam wolne bo normalnie bym tego nie robił. - Jako odpowiedź pośpieszyła go ruchem dłoni. - Ty nigdy się nie nauczysz.
- Za to mnie kochasz.
- Ta to chyba mój największy błąd. Zróbmy tak.. ja Ci zrobię śniadanie a Ty się w tym czasie ubierz okej?
- A dasz mi w tedy spokój?
- Zastanowię się - Odparł chłopak ze szczerym uśmiechem na twarzy. Lily wstała powoli z łóżka i udała się do łazienki. Po 15 minutach wyszła z niej w swoich typowych ciuchach. Jak zwykle założyła na siebie purpurową koszulkę z czarnym krukiem i czarną spódniczkę. Włosy tylko lekko przyczesała i poprawiła grzywkę by nie zakrywała jej oczu. Usiadła przy stole w salonie, postanowiła poczekać na śniadanie zamiast wrócić do swojego kochanego łóżka.
- Proszę bardzo naleśniki z dżemem truskawkowym takie jak uwielbiasz.
- Dziękuję. - Wzięła się do jedzenia a Kuro w tym czasie włączył telewizor.
- Wychodzisz gdzieś? - Spytał
- Nie, czemu pytasz?
- No nie wiem. Może dlatego, że masz na sobie czerwoną szminkę?
- Chciałam ci się bardziej podobać. Nie mogę? - Wymyśliła jakąś wymówkę na szybko.
- I tak nie jesteś w moim typie. A tak po za tym cycki ci chyba znów urosły. - Wzrok dziewczyny skierował się na jej pokaźny biust a później na chłopaka.
- Spadaj
- Oj przecież wiesz.... - Głos chłopaka przerwała reporterka wiadomości.
- Dzisiejszej nocy dokonano zabójstwa siedemnastolatki. Niejakiej Ver P. Zabójca postąpił z nią wyjątkowo brutalnie. - Kamerzysta pokazał zmasakrowane ciało dziewczyny. - jak państwo widzą napastnik oślepił dziewczynę i zrobił jej dziurę w plecach. Wiadomo też, że ofiara ma podcięte żyły na rękach oraz przebitą nogę. Policja jeszcze nie ustaliła kim był zabójca oraz jakim narzędziem się posługiwał.
- To przecież nasza Ver! - Zakrzykną Kuro. - Jak coś takiego mogło ją spotkać?
- Należało jej się.
- To, że ostatnio jesteście skłócone nie znaczy, że możesz tak mówić.
- Pffff. - Wstała od stołu. Ubrała swój czarny płaszcz i wyszła za drzwi, w oddali było słychać "Nie obrażaj się!" Lily postanowiła się przejść, miała nadzieję, że to ją trochę uspokoi.

Święte dziecko 4

Stałam jak wryta. Cienkie ostrze jej noża spoczywało na moim gardle. Jeden ruch dłonią a potok krwi z moich żył zalałby cały pokój. Patrzyłam na David'a. Nie ruszał się. Robił co ona kazała. Na jego twarzy malowało się przerażenie i lęk. Po chwili jednak jego twarz uległa zmianie emocji. Oczy rozszerzyły mu się a z ust wydobyło się tylko ciche;
-Rose..? - jego wzrok utkwił w dziewczynie stojącej za mną
Poczułam jak czerwono włosa zdejmuje nóż z mojego gardła, a następnie lekko popuszcza rękę, którą mnie trzymała
-Skąd znasz moje imię? - po cichu, ze zdziwieniem zapytała David'a
Chłopak wyprostował się. Nie spuszczał wzroku z dziewczyny, którą przed chwilą nazwał Rose.
-A więc nie pamiętasz mnie... - zrobił lekki krok w naszą stronę
-Mówiłam, że masz się nie ruszać! - Rose krzyknęła za moim uchem i znów przyłożyła nóż do mego gardła
-Rose.. nie. Proszę.. Zostaw ją. Ona Ci nic nie zrobiła. Jeżeli ją puścisz.. powiem Ci skąd znam Twoje imię..
David próbował uspokoić ją ruchami ręki, co o dziwo pomogło. Czułam jak przez moment dziewczynie drga ręka. W końcu opuściła nóż i stanęła obok mnie. David podbiegł i przytulił się do mnie, objęłam go ramionami i staliśmy tak przez moment. Dziewczyna chrząknęła.
-Możesz zacząć tą opowieść? - zapytała
-Jasne.. - David puścił mnie i usiadł na łóżku - Więc...To było kilkanaście lat temu. Byliśmy dziećmi. Ty pochodziłaś z biednego rodu, z którym mój ojciec toczył wojnę o ziemię. Mimo iż nie mieliście dużo pieniędzy zawsze znaleźliście dużą liczbę osób do armii, która była równa szeregom mojego ojca. Pewnego razu przybyłaś tutaj ze swoim starszym bratem. On negocjował coś z moim tatą natomiast ty.. bawiłaś się w ogrodzie za naszą rezydencją. Obserwowałem Cię z ukrycia. Lubiłem podziwiać czerwień twoich włosów. Byłaś dla mnie inna. Pierwszy raz widziałem dziecko z czerwonymi włosami. W końcu zauważyłaś mnie. Byłem skrępowany i nie wiedziałem co mam zrobić więc zacząłem biec z powrotem do rezydencji zobaczyć się z ojcem lecz krzyknęłaś do mnie i kazałaś się zatrzymać. Miałaś wtedy słodki, dziecięcy głos. Zrobiłem co kazałaś i się zatrzymałem. Chwilę później stałaś obok mnie i wyciągałaś rękę przed siebie przedstawiając mi się. Zaczęliśmy się bawić i miło spędzaliśmy razem czas. Lubiłaś bawić się w naszym ogrodzie. Zawsze miałaś radosną twarz i twoje oczy wypełniało szczęście. Naszym ojcom udało się dojść do porozumienia. Zauważyli, że dobrze się ze sobą dogadujemy. Nawet planowali, że gdy dorośniemy złączymy się węzłem małżeńskim i stworzymy razem niepokonane królestwo z najlepszą armią i najlepszymi wojownikami. Gdy byłem starszy odwiedzałem Cię, tak jak ty mnie. Lecz potem stało się coś złego.. Wrogi klan napadł waszą dolinę a armia mojego ojca była zbyt słaba, nawet w połączeniu z waszymi siłami nie daliśmy rady was osłonić. Oni zabijali prawie wszystkich.. Zabili twojego ojca, matkę i wiele innych osób ale Ciebie.. Ciebie zabrali ze sobą. Nadal byłaś dzieckiem więc zapewne znaleźli kogoś kto kombinował przy Twoich wspomnieniach i wymazali Ci wszystko co by osądzało ich o jakiekolwiek przestępstwo. - David przerwał na moment, spojrzał na mnie a później przerzucił wzrok na dziewczynę - Ty może tego nie pamiętasz, ale ja nie zapomnę. Nigdy nie zapomnę czerwieni twych włosów. - spuścił głowę, jego twarz posmutniała
-Dlaczego.. - dziewczyna zacisnęła pięść - Dlaczego miałabym Ci w to uwierzyć? - zapytała
-Nie musisz mi w to wierzyć.. zajrzyj w głąb siebie i spróbuj sama sobie przypomnieć. - mówił patrząc się na ziemię
Dziewczyna upadła na kolana. Zakryła twarz dłońmi i zaczęła coś mamrotać pod nosem. Widzę, że nie tylko ona była w szoku. David nie wspominał mi nigdy wcześniej o swoim dzieciństwie. To było pierwsze wspomnienie z jego przeszłości jakie usłyszałam. Wszyscy pozostaliśmy w ciszy. Jedyne co było można usłyszeć to ciche bieganie myszy bądź skrzypienie desek w podłodze.
-Pamiętam.. - dziewczyna powoli i po cichu wypowiedziała te słowa - Teraz pamiętam.. - podniosła się, odsłaniając twarz - Kiedyś.. gdy próbowałam sobie coś przypomnieć z dzieciństwa.. wszytko wydawało się takie sztuczne i nieprawdziwe. Dzięki twojej opowieści już wiem, co się wydarzyło. - spojrzała na David'a, a po chwili on na nią - Miałeś racje. Przemienili moje wspomnienia i wymazali te prawdziwe, a następnie zaczęli szkolić na zabójce. Chcieli żebym była jedną z najlepszych, aby nikt nie mógł mnie nigdy złapać, abym wszystko co robiła było perfekcyjne i bez najmniejszego błędu. Wmawiali mi, że to co robię jest dobre bo zabijam złych ludzi którzy robili złe rzeczy. Po czasie zrozumiałam, że ludzie których zabijam dla nich tak naprawdę nie są niczemu winni. Uciekłam od nich i starałam się zmienić. Nie wiedziałam co mam robić. Nie miałam za co żyć. Nie potrafiłam.. nie nadawałam się do innej pracy niż zabijanie. Zaczęłam brać zlecenia. Lecz nie tylko.. Wyznaczałam sobie własne cele do zabicia. - odparła patrząc na mnie - Ciebie miałam na celowniku od kilku dni. Zazdrościłam Ci twojej dobroci i tego, że wszyscy w miasteczku patrzą na Ciebie z uśmiechem. Przez to chciałam się Ciebie pozbyć. Byłaś zbyt dobra dla wszystkich w miasteczku. Pomagałaś wszystkim a inni pomagali Tobie. I w dodatku.. masz jeszcze jego. Chociaż prędzej czy później jego też bym się pozbyła. - odwróciła spojrzenie na David'a - Przepraszam was.. Dam wam już spokój..
Rose odwróciła się i stanęła na parapecie otwartego okna. Miała wychodzić ale złapałam ją za rękę.
-Zaczekaj. - szarpnęłam ją lekko do tyłu - Jesteś zabójcą. Dobrze radzisz sobie z bronią.. Czy mogłabym mieć do Ciebie prośbę? - spojrzałam na nią, nie tylko włosy miała czerwone. Jej oczy również wypełniała czerwień.
-Mam kogoś dla Ciebie zabić? - spojrzała na mnie ze zdziwieniem
-Nie.. - To coś innego. - powiedziałam cicho
-To będzie wynagrodzenie, za to że chciałam Cię zabić. Możesz prosić o wszystko. - położyła rękę na moim ramieniu
-Jutro z rana.. Wyruszam na podróż która będzie trwać około tygodnia. Przydałaby się osoba, która by nas broniła. - odparłam niepewnie - Wchodzisz w to? - zapytałam
-Nie takie rzeczy się robiło. - uśmiechnęła się - Z przyjemnością wam pomogę.
-Dziękuję. - odwzajemniłam uśmiech - Bądź tutaj jutro o świcie. - poinformowałam ją
-Nie ma sprawy. - odsunęła się ode mnie i stanęła przed oknem - Dziękuję - wyszeptała i zniknęła w ciemnościach lasu
Odwróciłam się do David'a.
-W końcu wiem coś więcej o Tobie i twoim dzieciństwie. - siadłam obok niego, jedną ręką zaczęłam delikatnie jeździć po jego plecach - Dlaczego nie chciałeś mi o tym opowiedzieć? - zapytałam
-Sądziłem, że nie jest to jakoś potrzebne, żebym mówił Ci o czymś takim. To było dawno.
-Chce wiedzieć o Tobie wszystko. Nawet jeżeli miałyby to być najgorsze rzeczy jakie kiedykolwiek bym usłyszała. - pocałowałam go w policzek
-Naprawdę? - spojrzał na mnie
-Naprawdę - potwierdziłam swoje słowa
-To innym razem.. Teraz czas spać. - powiedział i położył się
-Dlaczego innym razem? - odwróciłam się i spojrzałam na niego
-Bo teraz nie mam ochoty Ci o tym opowiadać. - popatrzył na mnie i lekko się uśmiechnął
Położyłam się obok niego i objęłam go ręką.
-Chciałabym znaleźć coś niesamowitego na końcu tej podróży. - powiedziałam, zamykając oczy
-Tak wiem, nie tylko ty. - pocałował mnie w czoło - Teraz śpij. Musisz mieć dużo siły na jutro.
Kiwnęłam głową. Zaczęłam myśleć o całej tej podróży.. po chwili zasnęłam.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
O świcie wszyscy uczestnicy czekali pod chatką na rozpoczęcie przygody.

wtorek, 3 stycznia 2017

Utracony czas 1

Była ciemna letnia noc. Życie miasta znikło już dawno, a na ulicach nie było śladu żywej duszy. Tylko ona jedna. Dziewczyna o długich włosach koloru krwi i dość chudej ale bardzo pięknej twarzy. Krótka karmazynowa spódnica spięta dwiema srebrnymi klamrami po boku idealnie grała z jej czarnymi długimi rękawiczkami. Dziewczyna powoli zbliżała się do głównego placu miasta. Nie uśmiechała się a jej oczy czerwone były spowite mgłą. Miała już dość życia, jednego dnia straciła wszystko na czym jej zależało, jeden incydent zniszczył wszystkie jej marzenia przez co ona sama popadła w ruinę. Jednak tego dnia musiała wyjść ze swojego ciemnego pokoju. Nagle za rogu wyłoniła się nie wysoka brunetka o zielonych oczach, które było widać z oddali. Niebieska bluza którą miała tego dnia na sobie była perfekcyjnie dopasowane do jej słodkich pełnych policzków. Jej duże usta przyozdobione różową szminką mogłyby uwieść każdego mężczyznę. Dziewczyny szły ku sobie i spotkały się na środku placu.
- Nie sądziłam że jeszcze kiedyś będziesz chciała mnie zobaczyć Lily - powiedziała brunetka i przytuliła dziewczynę
- A ja nie myślałam, że zgodzisz się jeszcze raz ze mną spotkać - odparła oschle Lily
- Nadal jesteś zła za to co się stało?
- Nie, przeszło mi już. Po prostu był to dla mnie szok. - spojrzała w stronę czerwonego księżyca który rozświetlał miasto tej nocy.
- To dobrze już się bałam, że będziesz chciała mi coś zrobić. Kamień spadł mi z serca. - Brunetka odetchnęła z ulgą. - Więc po co chciałaś spotkać?
- Wiesz jaka jest dzisiejsza noc? - powoli ściągała rękawiczki z dłoni.
- Nie, ale zgaduje że zaraz mnie uświadomisz.
- Dzisiaj - nachyliła głowę do ucha dziewczyny - Jest dzień mojej zemsty. - polizała jej szyję i wbiła długie jak szpony paznokcie prosto w te kocie oczy. Zaczęła kręcić nimi i z uśmiechem obserwowała jak gałki oczne zaczynają tryskać krwią. Odstąpiła o krok a w tym czasie brunetka zaczęła opadać na ziemię.
- Co Ty mi zrobiłaś!? Jak mogłaś!? - zaczęła szukać rękami po kostce za Lily. Jej twarz wyglądała jakby płakała krwawymi łzami.
- Teraz poczujesz to co ja - wbiła jej obcas w kręgosłup - I tak Ty nie potrafisz zrozumieć co czuję. Jesteś zwykłą suką, która nic nie widzi.
- A co mam widzieć?! - Krzyk rozległ się na całe miast. - Zabawił się tobą i zostawił jak starą zabawkę. Teraz jest mój!
- Zamknij się. - przebiła jej lewą nogę ostrym jak rapier obcasem. Usiadła na niej, zdjęła jej bluzę i zaczęła jeździć paznokciami po jej plecach. - powiedz mi chcesz jeszcze pożyć?
- Tak, proszę zostaw mnie. - szlochającym błagalnym głosem odpowiedziała.
- Posłuchaj mnie Ver. Nie będę Cię oszukiwać. Dzisiaj zginiesz - Paznokcie dziewczyny powoli przebijały skórę na plecach Ver. Dziewczyna szarpała się i kręciła jak tylko mogła ale nic jej to nie dało. W końcu Lily przebiła żyły na rękach oraz doszła do serca i płuc. - cóż to już koniec. - przebiła płuca i serce. Fala krwi wytrysła na dziewczynę. Ona niczym się nie przejęła, wstała, założyła rękawiczki i z szerokim uśmiechem wróciła w mrok. Ver wydawała z siebie ostatnie odgłosy i na koniec przeklęła Lily.
- Zginiesz suko...... zapłacisz za to.....

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Święte dziecko 3

Siedzieliśmy na kanapie w salonie i piliśmy ciepłą herbatę. Nagle dobiegło do nas pukanie do drzwi. Spojrzałam na Davida.
-Kto to może być? - zapytałam go
-Mnie nie pytaj. To ty tu mieszkasz. - napił się i spojrzał w stronę drzwi
Po cichu podeszłam pod ścianę i przez okno starałam się zobaczyć kim może być osoba, która stoi po drugiej stronie. Pukanie znów rozniosło się po małej chatce.
-Proszę. Można wejść. - powiedziałam
Drzwi lekko uchyliły się z cichym skrzypnięciem. Do pomieszczenia wszedł wysoki mężczyzna. Miał ciemno-niebieskawe włosy. Na jego twarzy malowała się powaga oraz dorosłość. Na niedużym nosie spoczywały okulary. Miał na sobie biały płaszcz sięgający aż do ziemi. W ręku trzymał długą broń. Zgaduję, a raczej domyśliłam się, że jest to jego magiczna różdżka. Właśnie miałam wydusić z siebie pytanie ,,Kim jesteś i czego chcesz?,, ale on zaczął mówić pierwszy.
-Wybaczcie, że was nachodzę o tej godzinie ale mamy poważny problem.
-Kasper..? - spojrzałam na niego zdziwiona
-Nie poznałaś mnie? - zaśmiał się - Z resztą.. nie dziwię Ci się. - poprawił okulary na swoim nosie - Pod tą postacią wyglądam o wiele lepiej niż jakiegoś starego dziadka.
David spojrzał na niego.
-W czym tkwi problem? - zapytał
-Miałem czas, więc przyjrzałem się mapie. - podszedł do stolika i rozłożył na nim mapę - O tu! - pokazał na jedno z miast, tuż przed samym końcem wyznaczonego szlaku - W tym oto miejscu znajduje się nasz problem.
-Co z tym miejscem jest nie tak? - podeszłam do stolika i spojrzałam na mapę
-Z miejscem? Nic. - zaczął tłumaczyć - Ale głównie chodzi o obecną sytuację, która tam panuje.
-Czy to jest.. Śnieżne Miasto? - David przybliżył się i z dokładnością obejrzał miejsce na mapie
-Tak, a Śnieżna Księżna jest teraz wrogo do wszystkich nastawiona i z pewnych pogłosek które słyszałem kto wszedł tam żywy już stamtąd nie wyszedł.
-Zabijano wszystkich tych, którzy chcieli przejść? - zapytałam zaciekawiona
-Może nie wszystkich, Księżna szuka męża dla swej córki dlatego przez miasto przepuszczane są tylko kobiety a mężczyźni są zatrzymywani i przesłuchiwani. - dokończył Kasper
-A nie możemy jakoś obejść tego miejsca? - David oparł się o kanapę
-Niestety. Miejsce do którego chcemy dotrzeć jest otoczone wysokimi górami a gdybyśmy jakoś zdołali się dostać na drugą stronę gór i tak nie dostaniemy się do docelowego miejsca, ponieważ zaraz u podnóża gór znajduje się jezioro którego na mapie nie ma.
-Nie możemy go przepłynąć? - zaproponowałam
-Nie, jest to niemożliwe. Woda w tym jeziorze jest zaklęta. Wszystko co do niej wpadnie od razu zamarza. Tylko Księżna i jej rodzina mają sposób na przedostanie się na drugą stronę.
-Ale jeżeli tam wejdziemy.. Mnie wypuszczą od razu a was.. - spojrzałam na David'a - Was zatrzymają..
-Macie szczęście, że macie mnie. - Kasper podniósł się do góry i otrzepał swój płaszcz - Swoją drogą całkiem przytulna chatka.
-Dziękuję... - uśmiechnęłam się
-Co to znaczy że mamy szczęście, że mamy Ciebie? - zapytał David
-Mam w miarę dobre kontakty z Księżną. Gdy się uda, przejdziemy przez miasteczko niezauważeni.
-To dobrze.. bardzo dobrze.. - David podparł się ręką na stoliku i znów zaczął przyglądać się mapie - Podróż zajmie nam około półtorej tygodnia. Nie wliczając możliwych przystanków na dłuższą chwilę w miasteczkach.
-Będę u was jutro o świcie. - powiedział Kasper zwijając mapę
-Będziemy czekać. - odparłam, odprowadzając go do drzwi
-Do zobaczenia. - machnął ręką wychodząc z chatki
-Trzymaj się. - rzucił David na pożegnanie
Zamknęłam drzwi i usiadłam obok David'a.
-Dlaczego ten świat tak bardzo nas nienawidzi.. - zapytałam go, kładąc głowę na jego ramieniu
-Może przez to, że my również nienawidzimy jego? - odparł retorycznie, układając swoją głowę na mojej
-Nie nienawidzę wszystkiego. - oburzyłam się
-Mhm.. Może jest kilka rzeczy które lubisz ale je można wyliczyć na palcach. - uśmiechnął się
-Może i tak. Ale na pewno jest tego więcej niż w Twoim przypadku.
-Raczej na pewno. - odchylił się i patrzył prosto w me oczy - Dla mnie liczysz się tylko ty. - zbliżył się, pocałował delikatnie moje usta a ja odwzajemniłam jego pocałunek
-A co z Edwardem? - zapytałam
-W sumie.. dawno go nie widziałem. Ostatnim razem jak z nim byłem pobiegł gdzieś, powiedział, że mam się o niego nie martwić i przekazać Ci, że niebawem wróci.
-Dlaczego mi o tym nie powiedziałeś? - lekko uderzyłam go dłonią w klatkę
-Najwidoczniej miałem coś ważniejszego do roboty i musiałem o tym zapomnieć. - zaśmiał się
-To nie jest śmieszne.. A jak mojemu, kochanemu wilkowi się coś stało? - powiedziałam rozgniewana
-Nic mu nie będzie. Jest silny. Poradzi sobie.
-Nie możesz go wezwać? - zapytałam
-To nie ja go oswoiłem. Ty powinnaś móc porozumieć się z nim telepatycznie. - David wstał i podszedł do okna - Wróci.. Wiem to. - dodał po krótkiej ciszy
-Podczas naszej podróży postaram się go nawoływać. - odparłam
-Miejmy nadzieję, że usłyszy twoje myśli. - odwrócił się i z uśmiechem spoglądał na mnie - Teraz moja kochana księżniczko idziemy spać. Jutro przed nami daleka podróż. - podszedł do mnie, pocałował w czoło po czym podniósł i na rękach zaniósł do mojego pokoju
-Zaczekaj chwilę.. - stanęłam na ziemi
-O co chodzi? - spojrzał na mnie
Podbiegłam do okna i wyjrzałam przez nie. Wydawało mi się... Przez krótką chwilę.. Że ktoś tam był. Ktoś o włosach przypominających świeżą krew. Czerwień tylko pojawiła się na moment i zniknęła.
-Wydaje mi się, że kogoś widziałam. - odparłam i odwróciłam się tyłem do okna
-Masz zwidy kochana. Idź lepiej spać.
Uśmiechnęłam się. Chciałam zrobić krok do przodu ale coś mnie zatrzymało. Poczułam coś. Jakby ktoś stał za mną i..
-Nie podchodź. Jeżeli zrobisz chociaż maleńki krok, podetnę jej gardło. - przemówił głos dochodzący zza moich pleców